Bruno Schulz

 

 

 

 

The Brilliant Epoch | La Época Genial

 

Genialna epoka

 

Genijalna epoha

 

 

I

I

 

 

Zwykłe fakty uszeregowane są w czasie, nanizane na jego ciąg jak na nitkę. Tam mają swoje antecedensy i swoje konsekwencje, które tłoczą się ciasno, następują sobie na pięty bez przerwy i bez luki. Ma to swoje znaczenie i dla narracji, której duszą jest ciągłość i sukcesja.

Obično su činjenice poređane u vremenu, nanizane na njegov tok kao na konac. One tamo imaju svoje preteče i svoje konsekvence, koje se tiskaju, uzajamno čepaju neprestano i bez prekida. To ima svoj značaj i za pričanje, kome su duša neprekidnost i postupnost.

Cóż jednak zrobić ze zdarzeniami, które nie mają swego własnego miejsca w czasie, ze zdarzeniami, które przyszły za późno, gdy już cały czas był rozdany, rozdzielony, rozebrany, i teraz zostały niejako na łodzie, nie zaszeregowane, zawieszone w powietrzu, bezdomne i błędne?

Međutim, šta da se uradi sa događajima koji nemaju svog sopstvenog mesta u vremenu, sa događajima, koji su došli prekasno, kad već sve vreme bilo razdato, razdeljeno, razgrabljeno, i sada su ostali nekako u neizvesnosti, van stroja, lebdeći u vazduhu, beskućnici i lutalice?

Czyżby czas był za ciasny dla wszystkich zdarzeń? Czy może się zdarzyć, aby już wszystkie miejsca w czasie były wyprzedane? Zatroskani, biegniemy wzdłuż tego całego pociągu zdarzeń, przygotowując się już do jazdy.

Zar je moguće da je vreme pretesno za sve događaje? Može li se dogoditi da sva mesta u vremenu budu već rasprodata? Zabrinuti, trčimo duž celog tog voza događaja, spremajući se za putovanje.

Na miłość boską, czyżby nie istniał tu pewnego rodzaju ażiotaż biletów na czas?... Panie konduktorze!

Tako vam boga, zar ne postoji neka vrsta ažiotaže kartama za vreme?... Gospodine kondukteru!

Tylko spokojnie! Bez zbytecznej paniki, załatwimy to po cichu we wąasnym zakresie działania.

Samo mirno! Bez suvišne panike, uredićemo to tiho u okvirima svoje kompetencije.

Czy czytelnik słyszał coś o równoległych pasmach czasu w czasie dwutorowym? Tak, istnieją takie boczne odnogi czasu, trochę nielegalne co prawda i problematyczne, ale gdy się wiezie taką kontrabandę jak my, takie nadliczbowe zdarzenie nie do zaszeregowania – nie można być zanadto wybrednym. Spróbujmy tedy odgałęzić w którymś punkcie historii taką boczną odnogę, ślepy tor, ażeby zapchnąć nań te nielegalne dzieje. Tylko bez obawy. Stanie się to niepostrzeżenie, czytelnik nie dozna żadnego wstrząsu. Kto wie – może, gdy o tym mówimy, już nieczysta manipulacja jest poza nami i jedziemy już ślepym torem.

Da li je čitalac nešto čuo o paralelnim prugama vremena u vremenu sa dvostrukim kolosekom? Da, postoje takvi sporedni krakovi vremena, istina malo nelegalni i problematični, ali kad se švercuju ovakvi prekobrojni događaji koji se ne daju uvrstiti – ne može se biti veliki probirač. Probajmo, dakle, da u nekoj tački istorije odvojimo takav bočni krak, slepi kolosek, da na njega bacimo te nelegalne istorije. Samo bez straha. To će se desiti neprimetno, čitalac neće preživeti nikakav potres. Ko zna – možda kad o tome govorimo prljava manipulacija je već iza nas i mi se vozimo slepim kolosekom.

 

 

II

II

 

 

Moja matka przybiegła przerażona i objęła mój krzyk ramionami, chcąc go nakryć jak pożar i stłumić w fałdach swej miłości. Zamknęła mi usta ustami i krzyczała wraz ze mną.

Moja majka je dotrčala prestrašena i zagrlila je moj krik rukama, hoteći da ga prekrije kao požar i uguši u naborima svoje ljubavi. Zatvorila mi je usta ustima i vikala zajedno sa mnom.

Ale odtrąciłem ją i wskazując na słup ognisty, na złotą belkę, która tkwiła ukośnie w powietrzu, jak zadra, i nie dała się zepchnąć – pełna blasku i krążących w niej pyłów – krzyczałem: – Wydrzyj ją, wyrwij!

Ali ja sam je odgurnuo i pokazujući vatreni stub, zlatnu gredu, koja je stajala koso u vazduhu, kao zanoktica, i nije dala da se zbaci – puna sjaja i praha koji je kružio u njoj – vikao sam: – "Istrgni je, izvuci!"

Piec naindyczył się wielkim kolorowym bohomazem, namalowanym na jego czole, nabiegł krwią cały i zdawało się, że z konwulsji tych żył, ścięgien i całej tej napęczniałej do pęknięcia anatomii wyzwolił się jaskrawym, kogucim wrzaskiem.

Peć se zacrvenila velikom šarenom nakaradom, naslikanom na njenom čelu, krv je navalila u nju i izgledalo je da će se u grču tih žila, stegna i cele te do pucanja napete anatomije osloboditi svetlim, petlovskim krikom.

Stałem rozkrzyżowany w natchnieniu i wyciągniętymi, wydłużonymi palcami pokazywałem, pokazywałem w gniewie, w przejęciu srogim, wyprężony jak drogowskaz i drżący w ekstazie.

Stajao sam raširenih ruku u nadahnuću i izduženim, ispruženim prstima pokazivao, pokazivao u gnevu, svirepo uzbuđen, i uspravan kao putokaz i drhteći u ekstazi.

Moja ręka prowadziła mnie, obca i blada, wlokła mnie za sobą, zesztywniała, woskowa ręka, jak wielkie wotywne dłonie, jak dłoń anielska wzniesiona do przysięgi.

Moja ruka me je vodila, tuđa i bleda, vukla me je za sobom, ukočena, voštana ruka, kao velike zavetne ruke, kao anđeoske ruke podignute na zakletvu.

Było pod koniec zimy. Dni stały w kałużach i w żarach i miały podniebienie pełne ognia i pieprzu. Lśniące noże krajały miodną miazgę dnia na srebrne skiby, na pryzmy pełne w przekroju kolorów i korzennych pikanteryj. Ale cyferblat południa gromadził na szczupłej przestrzeni cały blask tych dni i wskazywał wszystkie godziny pałające i pełne ognia.

Bilo je to pred kraj zime. Dani su stajali u kaljugama i u žeravici i imali podneblje puno vatre i bibera. Sjajni noževi su sekli medenu mezgru dana na srebrne brazde, na prizme pune boja u preseku i pikantnih začina. Ali brojčanik podneva je gomila na malom prostranstvu sav sjaj tih dana i pokazivao sve sate vatrene i pune ognja.

O tej godzinie, nie mogąc pomieścić żaru, złuszczał się dzień arkuszami srebrnej blachy, chrzęszczącą cynfolią, i warstwa za warstwą odsłaniał swój rdzeń z litego blasku. I jakby nie dość było jeszcze tego, dymiły kominy, kłębiły się lśniącą parą, i każda chwila wybuchała wielkim wzlotem aniołów, burzą skrzydeł, które niebo wchłaniało niesyte, wciąż otwarte dla nowych wybuchów. Jego jasne blanki eksplodowały białymi pióropuszami, dalekie fortalicje rozwijały się w ciche wachlarze spiętrzonych wybuchów – pod lśniącą kanonadą niewidzialnej artylerii.

U taj sat, ne mogući da primi žeravicu, dan se ljuskao tabacima srebrnog lima, šuštavim staniolom, i sloj po sloj otkrivao svoju suštinu od livenog sjaja. I kao da to još nije bilo dosta, dimnjaci su se pušili, dizali su se oblaci sjajne pare i svaki trenutak je eksplodirao velikim uzletom anđela, burom krila, koje je nebo nezasito gutalo, uvek otvoreno za nove eksplozije. Njegove svetle grede su eksplodirale belim perjanicama, daleke tvrđavice razvijale su se u tihe lepeze nagomilanih eksplozija – pod sjajnom kanonadom nevidljive artilerije.

Okno pokoju, pełne po brzegi nieba, wzbierało tymi wzlotami bez końca i przelewało się firankami, które całe w płomieniach, dymiąc w ogniu, spływały złotymi cieniami i drganiem słoi powietrznych. Na dywanie leżał ukośny, pałający czworobok, falując blaskiem, i nie mógł oderwać się od podłogi. Ten słup ognisty wzburzał mnie do głębi. Stałem urzeczony, na rozkraczonych nogach i oszczekiwałem go zmnienionym głosem, obcymi, twardymi przekleństwami.

Prozor sobe, prepun neba, nadolazio je tim uzletima bez kraja i prelivao se sa zavesama, koje su cele u vatri, dimeći se u ognju, padale zlatnim senkama i drhtanjem vazdušnih slojeva. Na divanu je ležao kosi, vatreni kvadrat, koji se talasao sjajem, i nije mogao da se odvoji od poda. Taj vatreni stub uzbuđivao me je do dna srca. Stajao sam opčinjen, na raširenim nogama i očekivao ga promenjenim glasom, stranim, tvrdim psovkama.

Na progu, w sieni, stali skonsternowani, przestraszeni, załamując ręce: krewni, sąsiedzi, wystrojone ciotki. Podchodzili na palcach i odchodzili, zaglądali przez drzwi, pełni ciekawości. A ja krzyczałem.

Na pragu, u tremu stajali su zbunjeni, preplašeni, kršeći ruke: rođaci, susedi, udešene tetke. Prilazili su na prstima i odlazili, zavirivali kroz vrata, puni radoznalosti. A ja sam vikao.

– Widzicie – krzyczałem do matki, do brata – zawsze mówiłam wam, że wszystko jest zatamowane, zamurowane nudą, nie wyzwolone. A teraz patrzcie, co za wylew, co za rozkwit wszystkiego, co za błogość...

– Vidite – vikao sam majci i bratu – uvek sam vam govorio da je sve zagrađeno, zazidano dosadom, neoslobođeno! A sad gledajte, kakav izliv, kakav procvat svega, kakvo uživanje!...

I płakałem ze szczęścia i z bezsilności.

I plakao sam od sreće i nemoći.

– Obudźcie się – wołałem – pośpieszcie mi z pomocą! Czy mogę sam jeden podołać temu zalewowi, czy mogę ogarnąć ten potop? Jak mam, sam jeden, odpowiedzieć na milion olśniewających pytań, którymi Bóg mnie zalewa?

– Probudite se – vikao sam – požurite mi u pomoć! Mogu li sam samcit izaći na kraj sa tom poplavom, mogu li obuhvatiti taj potop? Kako da sam odgovorim na milion oslepljujućih pitanja kojima me Bog zasipa?

A gdy milczeli, wołałem w gniewie: – Śpieszcie się, nabierajcie pełne wiadra tej obfitości, gromadźcie zapasy!

A kad su ćutali, vikao sam u gnevu: »Žurite se, zahvatajte puna vedra tog obilja, gomilajte zalihe!«

Ale nikt mnie nie mógł wyręczyć, stali bezradni i oglądali się za siebie, cofali za plecy sąsiadów.

Ali niko nije mogao da me zameni, stajali su bespomoćni i osvrtali se iza sebe, krili se za leđa suseda.

Wtedy zrozumiałem, co mam czynić, i pełen zapału zacząłem z szaf wyciągać stare foliały, wypisane i rozsypujące się księgi handlowe ojca i rzucałem je na podłogę pod ten słup ognisty, który leżał na powietrzu i pałał. Nie można mi było nastarczyć papieru. Brat i matka przybiegali wciąż z nowymi naręczami starych gazet i dzienników i rzucali je stosami na ziemię. A ja siedziałem wśród tych papierów, oślepiony blaskiem, z oczami pełnymi eksplozyj, rakiet i kolorów, i rysowałem. Rysowałem w pośpiechu, w panice, na poprzek, na ukos, poprzez zadrukowane i zapisane stronice. Moje kolorowe ołówki latały w natchnieniu przez kolumny nieczytelnych tekstów, biegły w genialnych gryzmołach, w karkołomnych zygzakach, zwęźlając się raptownie w anagramy wizyj, w rebusy świetlistych objawień, i znów rozwiązując się w puste i ślepe błyskawice, szukające tropu natchnienia.

Tada sam shvatio šta treba da činim i pun oduševljenja počeo sam iz ormana izvlačiti stare biblije, očeve trgovačke knjige ispisane i već u raspadanju i bacati ih na patos pod taj vatreni stub, koji je stajao u vazduhu i goreo. Nisu mogli da me snabdeju sa dovoljno hartije. Brat i majka su stalno dotrčavali sa novim naramcima starih novina i dnevnika i gomilama ih bacali na zemlju. A ja sam sedeo između tih hartija, zaslepljen sjajem, očiju punih eksplozije, raketa i boja, i crtao. Crtao sam žurno, u panici, popreko, iskosa, preko štampanih i zapisanih stranica. Moje šarene bojice su letele u nadahnuću preko stubaca nečitkih tekstova, jurile u genijalnim škrabotinama, u vratolomnim cik-cak potezima, sažimajući se naglo u anagrame vizija, u rebuse sjajnih otkrića, i ponovo se razvezujući u prazne i slepe munje, u potrazi za tragom nadahnuća.

O, te rysunki świetliste, wyrastające jak pod obcą ręką, o, te przejrzyste kolory i cienie! Jakże często jeszcze dziś znajduję je w snach po tylu latach na dnie starych szuflad, lśniące i świeże jak poranek – wilgotne jeszcze pierwszą rosą dnia: figury, krajobrazy, twarze!

O, ti svetli crteži, koji su rasli kao pod tuđom rukom, o te prozračne boje i senke! Kako često ih još i danas nalazim u snovima, posle toliko godina, na dnu starih fioka, sjajne i sveže kao jutro – još vlažne od prve rose dana: figure, predele, lica!

O, te błękity mrożące oddech zatchniniem strachu, o, te zielenie zieleńsze od zdziwienia, o, te preludia i świegoty kolorów dopiero przeczutych, dopiero próbujących się nazwać!

O, ta plavetnila koja su ledila dah od straha, o to zelenilo zelenije od čuđenja, i ti preludiji i cvrkuti boja jedva naslućeni, za koje sam tek pokušavao da nađem ime!

Dlaczego roztrwoniłem je wówczas w beztrosce nadmiaru z tą niepojętą lekkomyślnością? Pozwalałem sąsiadom przerzucać i plądrować te stosy rysunków. Zabierali całe ich pliki. Do jakich domów nie zawędrowały, na jakich śmietnikach nie wałęsały się wówczas! Adela wytapetowała nimi kuchnię, że stała się jasna i kolorowa, jak gdyby w nocy spadł śnieg za oknem.

Zašto sam ih profućkao onda u bezbrižnosti obilja sa onom neshvatljivom lakomislenošću? Dozvoljavao sam susedima da prevrću i pljačkaju te gomile crteža. Uzimali su čitave svežnjeve. U kakve sve kuće nisu stigli, na kakvim đubrištima se nisu valjali tada! Adela je njima tapacirala kuhinju, tako da je postala svetla i šarena, kao da je u noći pao sneg iza prozora.

Było to rysowanie pełne okrucieństwa, zasadzek i napaści. Gdy tak siedziałem napięty jak łuk, nieruchomy i czatujący, a w słońcu dookoła mnie płonęły jaskrawo papiery – wystarczyło, aby rysunek, przygwożdżony mym ołówkiem, uczynił najlżejszy ruch do ucieczki. Wówczas ręka moja, cała w drgawkach nowych odruchów i impulsów, rzucała się nań z wściekłością jak kot i już obca, zdziczała, który chciał się jej wymknąć spod ołówka. I dopiero wtedy odluźniała się od papieru, gdy martwe już i nieruchome zwłoki rozkładały, jak w zielniku, swą kolorową i fantastyczną anatomię na zeszycie.

Bilo je to crtanje puno okrutnosti, busija i napada. Kad sam tako sedeo napet kao luk, nepokretan i vrebajući, a u suncu oko mene je bleštavo gorela hartija – dovoljno je bilo da crtež, prikovan mojom olovkom, učini najmanji pokret za bekstvo. Tada bi se moja ruka, sva podrhtavajući u novim refleksima i impulsima, besno bacala na njega kao mačka i, sad već tuđa, podivljala, grabljiva, munjevitim ujedima davila čudovište koje je htelo da joj umakne ispod olovke. I tek onda bi se odvajala od hartije, kad bi već mrtav i nepokretan leš širio, kao u herbarijumu, svoju šarenu i fantastičnu anatomiju u svesci.

Było to mordercze polowanie, walka na śmierć i życie. Któż mógł odróżnić w niej atakującego od atakowanego, w tym kłębku parskającym wściekłością, w tym splątaniu pełnym pisku i przerażenia! Bywało, że ręka moja dwa i trzy razy rzucała się do skoku, ażeby gdzieś na czwartym lub piątym arkuszu dosięgnąć ofiary. Nieraz krzyczała z bólu i przerażenia w kleszczach i szczypcach tych dziwotworów, wijących się pod mym skalpelem.

Bio je to ubistveni lov, borba na život i smrt. Ko je mogao u njoj razlikovati napadača od napadnutog u tom klupku koje je frktalo od besa, u toj gužvi punoj piske i preneraženosti! Dešavalo se da se moja ruka po dva i tri puta bacala na skok, da negde na četvrtom ili petom tabaku dosegne žrtvu. Često je vikala od bola i straha u kleštama i štipaljkama tih čudovišta koja su se uvijala pod mojim skalpelom.

Z godziny na godzinę coraz tłumniej napływały wizje, tłoczyły się, tworzyły zatory, aż pewnego dnia wszystkie drogi i ścieżki zaroiły się i spłynęły pochodami, i kraj cały rogałęzię się wędrówkami, rozbiegł się ciągnącymi defiladami – nieskończonymi pielgrzymkami bestyj i zwierząt.

Iz sata u sat sve mnogobrojnije su stizale vizije, tiskale se, pravile zatvore, dok jednog dana svi putevi i staze nisu zavrveli i otekli pohodima i cela zemlja se razgranala putovanjima, razjurila se otegnutim defiladama – beskrajnim hodočašćima životinja i zveri.

Jak za dni Noego płynęły te kolorowe pochody, te rzeki sierści i grzyw, te falujące grzbiety i ogony, te łby, potakujące bez końca w takt stąpania.

Kao za Nojevih dana tekle su šarene procesije, te reke dlaka i griva, ta talasava leđa i repovi, te glave koje su se bez kraja potvrdno klimale po taktu stupanja.

Mój pokój był granicą i rogatką. Tu zatrzymywały się, tłoczyły, becząc błagalnie. Kręciły się, dreptały w miejscu  trwożnie i dziko – garbate i rogate jestestwa, zaszyte we wszystkie kostiumy i zbroje zoologii, i przestraszone same sobą, spłoszone własną maskaradą, patrzyły trwożnymi i zdziwionymi oczami przez otwory swych skór włochatych i myczały żałośnie, jakby zakneblowane pod swymi maskami.

Moja soba je bila granica i đeram. Tu su se zadržavali, tiskali, blejeći molećivo. Muvala su se, tapkala preplašeno i divlje u mestu – grbava i rogata bića, zašivena u sve kostime i oklope zoologije, i prestrašena samih sebe, uplašena sopstvenom maskaradom, gledala su preplašenim i začuđenim očima kroz priviđenja svojih rutavih koža i žalosno mukala pod svojim maskama, kao da su im usta bila zapušena.

Czy czekały, żebym je nazwał, rowiązał ich zagadkę, której nie rozumiały? Czy pytały mnie o swe imię, ażeby w nie wejść i wypełnić je swoją istotą? Przychodziły dziwne maszkary, twory-pytania, twory-propozycje, i musiałem krzyczeć i odpędzać je rękami.

Jesu li čekali da im dam imena, da rešim njihove zagonetke koje nisu shvatali? Jesu li me pitali za svoje ime, da uđu u njega i ispune ga svojim bićem? Dolazile su čudne maškare, stvorenja-pitanja, stvorenja-predlozi, i ja sam morao da vičem i teram ih rukama.

Wycofywały się tyłem, pochylając głowę i patrząc spode łba, i gubiły się same w sobie, wracały, rozwiązując się w bezimienny chaos, w rupieciarnię form. Ile grzbietów poziomych i garbatych przeszło wówczas pod moją ręką, ile łbów przesunęło się pod nią z aksamitną pieszczotą!

Povlačili su se unazad, saginjući glave i gledajući popreko, i gubili se u sebi, vraćali menjajući se u bezimeni haos, u skladište starih formi. Koliko je vodoravnih i uspravnih leđa tada prošlo ispod moje ruke, koliko glava se provuklo ispod nje sa baršunastim maženjem!

Zrozumiałem wówczas, dlaczego zwierzęta mają rogi. Było to – to niezrozumiałe, które nie mogło pomieścić się w ich życiu, kaprys dziki i natrętny, nierozumny i ślepy upór. Jakaś idée fixe, wyrosła poza granice ich istoty, wyżej ponad głowę, i wynurzona nagle w światło, zastygła w materię dotykalną i twardą. Tam przybierała kształt dziki, nieobliczalny i niewiarygodny, zakręcona w fantastyczną arabeskę niewidoczną dla ich oczu a przerażającą, w nieznaną cyfrę, pod której grozą żyły. Pojąłem, dlaczego te zwierzęta skłonne były do paniki nierozumnej i dzikiej, do spłoszonego szału: wciągnięte w swój obłęd, nie mogły się wyplątać z gmatwaniny tych rogów, spomiędzy których – pochylając głowę – patrzyły smutno i dziko, jakby szukając przejścia między ich gałęziami. Te rogate zwierzęta dalekie były od wyzwolenia i nosiły ze smutkiem i rezygnacją stygmat swego błędu na głowie.

Tada sam shvatio zašto životinje imaju rogove. Bilo je to – ono nerazumljivo što nije moglo da stane u njihov život, divlji i drski kapris, nerazumno i slepo uporstvo. Neka idée fixe, izrasla preko granica njihovog bića, više od glave, i izronila naglo u svetlo, ukočena u materiji, opipljiva i tvrda. Tamo je uzimala oblik divalj, neuračunljiv i neverovatan, uvrćena u fantastičnu arabesku, nevidljivu za njihove oči, u užasnu, u neznanu cifru, pod čijom su grozotom živele. Shvatio sam zašto su te životinje bile sklone neshvatljivoj i divljoj panici preplašenog ludila: uvučene u svoje ludilo, nisu mogle da se ispletu iz haosa tih rogova, između kojih su – saginjući glave tužno i divlje, kao da traže prolaz među njihovim granama. Te rogate životinje su bile daleke od oslobođenja i tužno i ravnodušno su nosile pečat svoje pogreške na glavi.

Ale jeszcze dalsze od światła były koty. Ich doskonałość zatrważała. Zamknięte w precyzji i akuratności swych ciał, nie znały błędu ani odchylenia. Na chwilę schodziły w głąb, na dno swej istoty, i wtedy nieruchomiały w swym miękkim futrze, poważniały groźnie i uroczyście, a oczy ich zakrąglały się jak księżyce, chłonąc wzrok w swe leje ogniste. Ale po chwili już, wyrzucone na brzeg, na powierzchnię, ziewały swą nicością rozczarowane i bez złudzeń.

Ali još dalje od svetla bile su mačke. Njihovo savršenstvo je plašilo. Zatvorene u preciznost i urednost svojih tela, nisu znale ni greške ni odstupanja. Za trenutak su silazile u dubinu, na dno svoga bića, i tada ostajale nepokretne u svom mekom krznu, postajale grozno i svečano ozbiljne, a oči su im se zaokrugljivale kao mesec, gutajući pogled u svoje vatrene levke. Ali već posle jednog trenutka, izbačene na obalu, na površinu, zevale su svojim ništavilom, razočarane i bez iluzija.

W ich życiu pełnym zamkniętej w sobie gracji nie było miejsca na żadną alternatywę. I znudzone w tym więzieniu doskonałości bez wyjścia, przejęte spleenem, sarkały zmarszczoną wargą pełne bezprzedmiotowego okrucieństwa w krótkiej, pręgami rozszerzonej twarzy. U dołu przemykały chyłkiem kuny, tchórze i lisy, złodzieje wśród zwierząt, stworzenia o złym sumieniu. Dorwały się one podstępem, intrygą, trickiem, swego miejsca w bycie wbrew planowi stworzenia i ścigane nienawiścią, zagrożone, wciąż na straży, wciąż w trwodze o to miejsce – kochały żarliwie swój kradziony, po norach kryjący się żywot, gotowe dać się poszarpać na sztuki w jego obronie.

U njihovom životu punom gracije zatvorene u samu sebe nije bilo mesta ni za kakvu alternativu. I dosađujući se u tom zatvoru savršenstva bez izlaza, obuzete splinom – gunđale su naboranom usnom, pune bespredmetne okrutnosti na kratkom, prugama raširenom licu. Dole su potajno promicale kune, tvorovi i lisice, lopovi među životinjama, stvorenja nemirne savesti. Dokopali su se prevarom, intrigom, trikom svog mesta u životu, uprkos planu stvaranja, i proganjane mržnjom, ugrožene, uvek na straži, uvek u strahu za to mesto – vatreno su volele svoj ukradeni život koji su sakrivale po jazbinama, spremne da budu raskomadane braneći ga.

Wreszcie przeszły wszystkie, i cisza zagościła w moim pokoju. Znów zacząłem rysować, zatopiony w moich szpargałach, które oddychały blaskiem. Okno było otwarte, i na gzymsie okiennym drżały w wiosennym wietrze synogarlice i turkawki. Przechylając głowę, pokazywały okrągłe i szklane oko w profilu, jakby przerażone i pełne lotu. Dni pod koniec stały się miękkie, opalowe i świetliste, to znowu perłowe i pełne zamglonej słodyczy.

Najzad su sve prošle i tišina je zagospodarila u mojoj sobi. Ponovo sam počeo crtati, utonuo u moje stare knjige koje su odisale sjajem. Prozor je bio otvoren i na prozorskoj opšivnici drhtale su u prolećnjem vetru grlice i kumrije. Iskrivljujući glavu pokazivale su okruglo i stakleno oko iz profila, kao poplašeno i puno leta. Dani su potkraj postali meki, opalni i svetli, a onda opet biserni i puni maglovite blagosti.

Nadeszły święta wielkanocne, i rodzice wyjechali na przeciąg tygodnia do mej zamężnej siostry. Pozostawiono mnie samego w mieszkaniu, na łup mych inspiracyj. Adela przynosiła mi co dzień obiady i śniadania. Nie zauważyłem jej obecności, gdy przystawała na progu odświętnie ubrana, pachnąc wiosną ze swoich tiulów i fularów.

Naišli su uskršnji praznici i roditelji su na jednu nedelju otputovali mojoj udatoj sestri. Ostavili su me samog u stanu na milost i nemilost mojim inspiracijama. Adela mi je svaki dan donosila ručak i doručak. Nisam primećivao njeno prisustvo kad bi zastala na pragu svečano odevena, mirišući prolećem iz svojih tilova i svila.

Przez otwarte okno wpływały łagodne powiewy, napełniając pokój refleksem dalekich krajobrazów. Przez chwilę utrzymywały się w powietrzu te nawiane kolory jasnych dali i wnet rozpływały się, rozwiewały w cień błękitny, w tkliwość i wzruszenie. Powódź obrazów uspokoiła się nieco, wylew wizij złagodniał i ucichł.

Kroz otvoren prozor dopirao je lak povetarac, ispunjavajući sobu refleksom dalekih predela. Trenutak su u vazduhu lebdele te vetrom donete boje svetlih daljina i odmah bledele, razilazile se u plavu senku, nežnost i uzbuđenje. Poplava slika se malo bila umirila, izliv vizija ublažio i utišao.

Siedziałem na ziemi. Dookoła mnie leżały na podłodze kredki i guziczki farb, boże kolory, lazury dyszące świeżością, zielenie zbłąkane aż na kraniec zdziwienia. I gdy brałem do ręki czerwoną kredkę – w jasny świat szły fanfary szczęśliwej czerwieni, i wszystkie balkony płynęły falami czerwonych chorągwi, i domy ustawiały się wzdłuż ulicy w tryumfalny szpaler. Defilady strażaków miejskich w malinowych uniformach paradowały na jasnych szczęśliwych drogach, i panowie kłaniali się melonikami koloru czereśni. Czereśniowa słodycz, czereśniowy świergot szczygłów napełniał powietrze pełne lawendy i łagodnych blasków.

Sedeo sam na zemlji. Oko mene na podu su ležale bojice i dugmad farbi, božje boje, plavetnila koja su disala svežinom, zelenila zalutala čak na ivicu čuđenja. I kad bih uzimao u ruku crvenu bojicu – u sjajni cvet su kretale srećne fanfare crvenila i svi balkoni su plovili talasima crvenih zastava, a kuće su duž ulice pravile trijumfalni špalir. Defilei gradskih stražara u uniformama malinaste boje paradirali su po svetlim, srećnim putevima a gospoda su im se klanjala polucilindrima boje trešnje. Trešnjeva blagost, trešnjev cvrkut štiglica ispunjavao je vazduh pun despića i blagog sjaja.

A gdy sięgałem po błękitną barwę – szedł ulicami przez wszystkie okna odblask kobaltowej wiosny, otwierały się, dźwięcząc, szyby, jedna za drugą, pełne błękitu i ognia niebieskiego, firanki wstawały jak na alarm, i przeciąg radosny i lekki szedł tym szpalerem wśród falujących muślinów i oleandrów na pustych balkonach, jak gdyby na drugim końcu tej długiej i jasnej alei ktoś zjawił się bardzo daleki i zbliżał się – promienny, poprzedzany przez wieść, przez przeczucie, zwiastowany przez loty jaskółek, przez wici świetliste, rozrzucane od mili do mili.

A kad bih pružao ruku po plavu boju – ulicama je preko svih prozora išao odsjaj kobaltnog proleća, okna su se otvarala zvečeći, jedno za drugim, puna plavetnila i nebeske vatre, zavese su se dizale kao na uzbunu i radosna i laka promaja išla je tim špalirom između ustalasanih muslina i oleandera na praznim balkonima, kao da se na drugom kraju te duge i svetle aleje javljao neko vrlo dalek i približavao se – ozaren, a ispred njega je išla vest, predosećanje, najavljivano letom lastavica, sjajnim vatrama, razbacivanim od milje do milje.

 

 

III

III

 

 

W same święta wielkanocne, z końcem marca lub z początkiem kwietnia, wychodził Szloma, syn Tobiasza, z więzienia, do którego zamykano go na zimę po awanturach i szaleństwach lata i jesieni. Pewnego popołudnia tej wiosny widziałem go przez okno, jak wychodził od fryzjera, który był w jednej osobie balwierzem, cyrulikiem i chirurgiem miasta, otwierał z dystynkcją, nabytą pod rygorem więziennym, szklane, błyszczące drzwi fryzjerni i schodził z trzech drewnianych schodków, wyświeżony i odmłodzony, z wystrzyżoną dokładnie głową, w przykrótkim surduciku i podciągniętych wysoko kraciastych spodniach, szczupły i młodzieńczy mimo swoich czterdziestu lat.

Na sam uskrs, krajem marta ili početkom aprila, izlazio je Šloma, sin Tobijin, iz zatvora u koji je zatvaran na zimu posle avantura i ludosti leta i jeseni. Jedno popodne tog proleća video sam ga kroz prozor kad je izlazio od frizera, koji je istovremeno bio berberin, frizer i hirurg grada, sa učtivošću, stečenom u strogom zatvorskom režimu, otvarao je staklena sjajna vrata berbernice i silazio niz tri drvena stepenika, osvežen i podmlađen, sasvim ošišane glave, u prekratkom sakou i visoko podignutim, kockastim pantalonama, vitak i mladalačkog izgleda i pored svojih četrdeset godina.

Plac Św. Trójcy był o tym czasie pusty i czysty. Po roztopach wiosennych i błotach, spłukanych później ulewnymi deszczami, pozostał teraz bruk umyty, wysuszony w wielu dniach cichej, dyskretnej pogody, o tych dniach wielkich już i może zbyt obszernych na tę wczesną porę, wydłużonych trochę nad miarę, zwłaszcza wieczorami, kiedy zmierzch przedłużał się bez końca, pusty jeszcze w swej głębi, daremny i jałowy w swym ogromnym oczekiwaniu.

Trg svete Trojice bio je u to vreme pust i čist. Posle prolećnih poplava i blata, spranog kasnije pljuskovima, pločnik je ostao umiven, osušen mnogim danima tihog, diskretnog, lepog vremena, tim danima već velikim i možda suviše prostranim za to rano doba, malo preko mere izduženim, osobito večerima, kad se sumrak produžavao bez kraja, još prazan u svojoj dubini, uzaludan i jalov u svom ogromnom očekivanju.

Gdy Szloma zamknął za sobą szklane drzwi fryzjerni, weszło w nie natychmiast niebo, jak we szystkie małe okna tego piętrowego domu, otwartego ku czystej głębi cienistego nieboskłonu.

Kad je Šloma zatvorio za sobom staklena vrata berbernice, u njih je odmah ušlo nebo, kao u sve male prozore te kuće na sprat, otvorene prema čistoj dubini senovitog nebeskog svoda.

Zszedłszy ze schodków, znalazł się całkiem samotny na brzegu wielkiej pustej muszli placu, przez którą przepływał błękit nieba bez słońca.

Sišavši sa stepenica, našao se sasvim sam na ivici velike, puste školjke trga, preko koje je teklo plavetnilo neba bez sunca.

Ten wielki, czysty plac leżał owego popołudnia jak bania szklana, jak nowy nie zaczęty rok. Szloma stał na jego brzegu całkeim szary i zgaszony, zawalony błękitami, i nie śmiał łamać decyzją tej doskonałej kuli dnia nie zużytego.

Taj veliki, čisti trg ležao je tog popodneva kao mehur, kao nova godina koja još nije bila počela. Šloma je stajao na njegovoj ivici sasvim siv i ugašen, zatrpan plavetnilom, i nije smeo svojom odlukom da lomi savršenu kuglu neupotrebljenog dana.

Tylko raz w roku, w dniu wyjścia z więzienia, czuł się Szloma tak czystym, nieobciążonym i nowym. Dzień przjmował go wówczas w siebie umytego z grzechów, odnowionego, pojednanego ze światem, otwierał przed nim z westchnieniem czyste kręgi swych horyzontów, uwieńczone cichą pięknością.

Samo jednom godišnje, na dan izlaska iz zatvora, osećao se Šloma tako čist, neopterećen i nov. Dan ga je tada primao u sebe umivenog od greha, obnovljenog, pomirenog sa svetom, sa uzdahom je otvarao pred njim čiste krugove svojih horizonata, uvenčane tihom lepotom.

Nie śpieszył się. Stał na krawędzi dnia i nie śmiał przekroczyć, przekreślić swym drobnym, młodym, lekko utykającym chodem tej łagodnie sklepionej konchy popołudnia.

Nije se žurio. Stajao je na ivici dana i nije smeo da prekorači, da svojim sitnim, mladim, malo hromim hodom prebriše tu blago svedenu školjku popodneva.

Przejrzysty cień leżał nad miastem. Milczenie tej trzeciej godziny po południu wydobywało z domów czystą biel kredy i rozkładało ją bezgłośnie, jak talię kart, dookoła placu. Obdzieliwszy go jedną turą, napoczynało już nową, czerpiąc rezerwy bieli z wilkiej, barokowej fasady Św. Trójcy, która, jak zlatująca z nieba ogromna koszula Boga, pofałdowana w pilastry, ryzality i framugi, rozsadzona patosem wolut i archiwolut, porządkowała na sobie w pośpiechu tę wielką wzburzoną szatę.

Prozirna sen je ležala nad gradom. Ćutanje tog trećeg sata po podne izvlačio je iz kuća čistu belinu krede i širilo je bezglasno, kao taliju karata, oko trga. Podelivši jednu turu, već je počinjalo novu, crpući rezerve beline iz velike, barokne fasade sv. Trojice, koja je kao ogromna božja košulja što pada s neba, naborana u pilastre, rizalite i niše, raznete patosom voluta i arhivoluta, žurno uređivala na sebi tu veliku uznemirenu haljinu.

Szloma podniósł twarz, wietrząc w powietrzu. Łagodny powiew niósł zapach oleandrów, zapach świątecznych mieszkań i cynamonu. Wtedy kichnął potężnie swym sławnym, potężnym kichnięciem, od którego gołębie na odwachu policji zerwały się przestraszone i wzleciały. Szloma uśmiechnął się do siebie: Bóg dawał znać przez wstrząs jego nozdrzy, że wiosna nastała. Był to znak pewniejszy niż przylot bocianów, i odtąd dni miały być przetykane tymi detonacjami, które zagubione w szumie miasta, to bliżej, to dalej glosowały jego zdarzenia swym dowcipnym komentarzem.

Šloma podiže lice, njuškajući u vazduhu. Blagi lahor je donosio miris oleandera, miris prazničkih stanova i cimeta. Tada je snažno kihnuo, svojim slavnim jakim hukom od koga su se golubovi na policijskoj stražari preplašeno podigli i odleteli. Šloma se nasmeši samom sebi: Bog je potresom njegove nozdrve objavio dolazak proleća. Bio je to znak sigurniji nego dolazak roda i od tada su dani imali da budu prekidani tim detonacijama, koje su, izgubljene u šumu grada čas bliže, čas dalje svojim duhovitim komentarom potvrđivale njegove događaje.

– Szloma! – zawołałem, stojąc w oknie naszego niskiego piętra.

– Šlomo! – viknuo sam stojeći u prozoru našeg niskog sprata.

Szloma dostrzegł mnie, uśmiechnął się swym miłym uśmiechem i zasalutował.

Šloma me je opazio, osmehnuo se svojim milim osmehom i salutirao mi.

– Jesteśmy teraz sami w całym rynku, ja i ty – rzekłem cicho, gdyż wydęta bania nieba dźwięczała jak beczka.

– Sad smo sami na celom trgu, ja i ti – rekao sam tiho, dok je naduveni mehur neba odjekivao kao bačva.

– Ja i ty – powtórzył ze smutnym uśmiechem – jak pusty jest dziś świat.

– Ja i ti – ponovio je tužno se osmehnuvši – kako je prazan svet danas.

– Moglibyśmy podzielić go i nazwać na nowo – taki leży otwarty, bezbronny i niczyj. – W taki dzień podchodzi Mesjasz aż na brzeg horyzontu i patrzy stamtąd na ziemię. I gdy ją tak widzi białą, cichą, z jej błękitami i zamyśleniem, może się zdarzyć, że mu się zgubi w oczach granica, niebieskawe pasma obłoków podłożą się przejściem i sam nie wiedząc, co czyni, zejdzie na ziemię. I ziemia nawet nie zauważy w swej zadumie tego, który zszedł na jej drogi, a ludzie obudzą się z popołudniowej drzemki i nie będą nic pamiętali. Cała historia będzie jak wymazana i będzie jak za prawieków, nim zaczęły się dzieje.

– Mogli bismo ga podeliti i dati mu novo ime – tako je otvoren, bespomoćan i ničiji. – U takav dan Mesija prilazi ivici horizonta i gleda odande na zemlju. I kad je vidi tako belu, tihu, sa njenim plavetnilom i zamišljenošću, može se desiti da mu se u očima izgubi granica, plavičaste trake oblaka mu se podastru pod noge i on, ne znajući ni sam šta radi, siđe na zemlju. A zemlja zamišljena neće čak ni primetiti onoga što je sišao na njene puteve, a ljudi će se probuditi posle popodnevnog dremeža i neće se ničeg sećati. Cela istorija će biti kao izbrisana i biće kao u pradavna vremena, pre no što je počela istorija.

– Czy Adela jest w domu? – zapytał z uśmiechem.

– Je li Adela kod kuće? – upitao je s osmehom.

– Nie ma nikogo, wejdź do mnie na chwilę, pokażę ci moje rysunki.

– Nema nikoga, uđi na trenutak k meni, pokazaću ti svoje crteže.

– Jeżeli nie ma nikogo, nie odmówię sobie tej przyjemności. Otwórz mi.

– Ako nema nikog, neću odbiti sebi to zadovoljstvo. Otvori mi.

I rozglądając się w bramie na obie strony ruchem złodzieja, wszedł do środka.

I osvrćući se u kapiji na sve strane, hodom lopova uđe unutra.

 

 

IV

IV

 

 

– To są kapitalne rysunki – mówił, oddalając je od siebie gestem znawcy. Jego twarz rozjaśniła się refleksami kolorów i świateł. Czasami zwijał dłoń dookoła oka i patrzył przez tę zaimprowizowaną lunetę, ściągając rysy w grymas pełen powagi i znawstwa.

– To su vanredni crteži – govorio je udaljujući ih od sebe gestom znalca. Njegovo lice se ozarilo odsjajima boja i svetlosti. Ponekad bi savijao šaku oko oka i posmatrao kroz taj improvizirani durbin, stežući crte u grimasu punu ozbiljnosti i znalaštva.

– Można by powiedzieć – rzekł – że świat przeszedł przez twoje ręce, ażeby się odnowić, ażeby zlenić się w nich i złuszczyć jak cudowna jaszczurka. O, czy myślisz, że byłbym kradł i popełniał tysiąc szaleństw, gdyby świat nie był tak bardzo się zużył i podupadł, gdyby rzeczy nie były w nim straciły swej pozłoty – dalekiego odblasku rąk bożych? Cóż można począć w takim świecie? Jak nie zwątpić, jak nie upaść na duchu, gdy wszystko jest zamknięte na głucho, zamurowane nad swoim sensem, i wszędzie tylko stukasz w cegłę, jak w ścianę więzienia? Ach Józefie, powinieneś był wcześniej się urodzić.

– Može se reći – kazao je – da je svet prošao kroz tvoje ruke, da bi se obnovio, da bi se olinjao u njemu i oljuštio kao čudotvorni gušter. O, zar misliš da bih krao i pravio hiljade ludosti, da se svet nije tako istrošio i propao, da stvari u njemu nisu izgubile svoju pozlatu – daleki odsjaj božjih ruku? Šta se može početi u takvom svetu? Kako da čovek ne posumnja, kako da ne padne duhom, kad je sve čvrsto zatvoreno, zazidano nad svojim smislom, i svuda samo udaraš u ciglu, kao u zid tamnice? Ah, Juzefe, trebalo je da se ranije rodiš.

Staliśmy w tym na pół ciemnym, głębokim pokoju, wydłużającym się perspektywicznie ku otwartemu oknu na rynek. Stamtąd dochodziły aż do nas fale powietrza w łagodnych pulsach, rozpościerając się ciszą. Każdy przypływ przynosił nowy jej ładunek zaprawiony kolorami dali, jak gdyby poprzedni już był zużyty i wyczerpany. Ciemny ten pokój żył tylko refleksami dalekich domów za oknem, odbijał ich kolory w swej głębi, jak camera obscura. Przez okno widać było, niby w rurze lunety, gołębie na odwachu policji, napuszone, spacerujące wzdłuż gzymsu attyki. Czasami zrywały się wszystkie razem i zataczały półkole na rynkiem. Wtedy pokój rozjaśniał się na chwilę od ich otwartych lotek, rozszerzał się odblaskiem ich dalekiego trzepotu, a potem gasł, gdy opadając, zamykały skrzydła.

Stajali smo u toj polutamnoj, dubokoj sobi koja se u perspektivi izduživala prema otvorenom prozoru na trg. Odande su čak do nas dopirali talasi vazduha u blagim udarima, šireći se tišinom. Svaki udar je donosio njen novi tovar začinjen bojama daljine, kao da je prethodni već bio upotrebljen i iscrpen. Ta tamna soba je živela samo refleksima dalekih kuća iza prozora, odbijala je njihove boje u svojoj dubini, kao camera obscura. Kroz prozor, kao kroz cev dogleda, videli su se golubovi na policijskoj stražari, nadmeni, kako šetaju duž opšivnice atike. Ponekad su se svi zajedno dizali i kružili nad trgom. Tada bi se soba za trenutak osvetlila od njihovih otvorenih krilnih pera, širila se odsjajem njihovog dalekog lepeta krila, a zatim gasnula, kad bi sletajući zatvarali krila.

– Tobie, Szloma – rzekłem – mogę zdradzić tajemnicę tych rysunków. Już od początku nachodziły mnie wątpliwości, czy jestem naprawdę ich autorem. Czasami wydają mi się mimowolnym plagiatem, czymś, co mi zostało podpowiedziane, podsunięte... Jak gdyby coś obcego posłużyło się mym natchnieniem dla nie znanych mi celów. Gdyż muszę ci wyznać – dodałem po cichu, patrząc mu oczy – znalazłem Autentyk...

– Tebi, Šlomo – rekao sam – mogu otkriti tajnu tih crteža. Već od samog početka mučila me je sumnja jesam li ja zaista njihov autor. Ponekad mi se čine kao nehotični plagijat, nešto što mi je došapnuto, podmetnuto... Kao da se nešto strano poslužilo mojim nadahnućem za neznane mi ciljeve. Jer moram ti priznati – dodao sam tiho, gledajući ga u oči – pronašao sam Autentikum...

– Autentyk? – zapitał z twarzą rozjaśnioną nagłym blaskiem.

– Autentikum? – zapitao je lica obasjanog naglim bleskom.

– Tak jest, sam zresztą zobacz – rzekłem, przyklękając nad szufladą komody.

– Da, uostalom pogledaj i sam – rekao sam spuštajući se na kolena nad fiokom komode.

Wyjąłem naprzód jedwabną suknię Adeli, pudełko z wstążkami, jej nowe pantofelki na wysokich obcasach. Zapach pudru czy perfumy rozszedł się w powietrzu. Podniosłem jeszcze kilka książek: na dnie leżał w samej rzeczy długo nie widziany, drogi szpargał i świecił.

Izvadio sam najpre svilenu Adelinu haljinu, kutiju sa trakama, njene nove cipelice sa visokim potpeticama. Miris pudera ili parfema razišao se po vazduhu. Podigao sam još nekoliko knjiga: na dnu je ležala dugo neviđena, draga knjiga, i sjajila se.

– Szloma – rzekłem wzruszony – popatrz, oto leży...

– Šlomo – rekao sam uzbuđen – pogledaj, evo leži...

Ale on stał zatopiony w medytacji z pantofelkiem Adeli w ręku i przygłądał mu się z głęboką powagą.

Ali on je stajao zamišljen sa Adelinom cipelicom u ruci i posmatrao je sa dubokom ozbiljnošću.

– Tego Bóg nie powiedział – rzekł – a jednak, jak mnie to głęboko przekonywa, przypiera do ściany, odbiera ostatni arument. Te linie są nieodparte, wstrząsająco trafne, ostateczne i uderzają, jak błyskawica, w samo sedno rzeczy. Czym zasłonisz się, co im przeciwstawisz, gdy sam już jesteś przekupiony, przegłosowany i zdradzony przez najwierniejszych sprzymierzeńców? Sześć dni stworzenia było bożych i jasnych. Ale siódmego dnia uczuł On obcy wątek pod rękami i, przerażony, odjął ręce od świata, choć jego zapał twórczy obliczony był na wiele jeszcze dni i nocy. O, Józefie, strzeż się siódmego dnia...

– To Bog nije rekao – govorio je – a ipak me to tako duboko ubeđuje, pritiska uza zid, oduzima mi poslednji argument. Te linije su neodoljive, potresno tačne, konačne i udaraju u samu srž stvari. Čime ćeš se zakloniti, šta ćeš im suprotstaviti, kad si već sam potkupljen, nadglasan i izdat od najvernijih saveznika. Bilo je šest božjih i svetlih dana stvaranja. Ali sedmoga dana bog nije izdržao. Sedmog dana je osetio stranu materiju pod rukama i, preplašen, skinuo je ruke sa svetla, iako je njegovo stvaralačko oduševljenje bilo sračunato na još mnoge dane i noći. O, Juzefe, čuvaj se sedmog dana...

I podnosząc ze zgrozą smukły pantofelek Adeli, mówił jakby urzeczony połyskliwą, ironiczną wymową tej pustej łuski z laku: –  Czy rozumiesz potworny cynizm tego symbolu na nodze kobiety, prowokację jej rozwiązłego stąpania na tych wymyślnych obcasach? Jakże mógłbym cię pozostawić pod władzą tego symbolu. Broń Boże, bym to miał uczynić...

I podižući užasnut Adelinu cipelicu, govorio je kao opčinjen sjajnom, ironičnom rečitošću lakovane ljuske: Shvataš li strašan cinizam tog simbola na ženskoj nozi, provokaciju njenog razbludnog koračanja na tim neobičnim potpeticama? Kako bih te mogao ostaviti u vlasti tog simbola! Sačuvaj Bože, da to treba da učinim...

Mówiąc to, wsuwał wprawnymi ruchami pantofelki, suknię, korale Adeli w zanadrze.

Govoreći to, spretnim pokretima je gurao Adeline cipele, haljinu i korale u nedra.

– Co robisz, Szloma? – rzekłem w osłupieniu.

– Šta to radiš, Šlomo? – rekao sam zaprepašćen.

Ale on szybko odalał się ku drzwiom, utykając lekko w swych przykrótkich, kraciastych spodniach. W drzwiach odwrócił raz jeszcze szarą, całkiem niewyraźną twarz i podniósł rękę do ust ruchem uspokajającym. Już był za drzwiami.

Ali se on brzo udaljavao prema vratima lako hramljući u svojim prekratkim kockastim pantalonama. U vratima je još jednom okrenuo sivo, sasvim nejasno lice i podigao ruku u gestu umirivanja. Bio je već iza vrata.

 

 

 

Preveo Stojan Subotin

Korektura B. Stojanović

 

F

Pierwodruki:

 

Genialna epoka ["Fragment z powieści Mesjasz"] / Bruno Schulz. – Wiadomości Literackie (Warszawa), 1934 (1. IV), nr 13; s. 4.

>> SANATORIUM POD KLEPSYDRĄ / Bruno Schulz. – Warszawa: Towarzystwo Wydawnicze "Rój", 1937. – 262 p. 33 ill.

 

 

Izvor:

PRODAVNICE CIMETOVE BOJE – pripovetke / Bruno Šulc. Prevod s poljskog i predgovor dr Stojan Subotin. – Beograd: Nolit, 1961. – 264 str. Tvrd povez, tiraž 3000. (Biblioteka Nolit)

 

 

www.brunoschulz.org